Ostatnimi czasy, dzięki uprzejmości ekipy z Harley-Davidson Twin Peaks Warszawa  otrzymałem HD Street Glide. Model 2018 w pięknym, candy malowaniu!

Zdecydowanie nie będzie to tekst o osiągach, nie będę porównywał obecnego systemu hamulcowego do tego z wcześniejszych roczników i czy da się nim dobrze złożyć w zakręcie.

Jak pewnie większość ludzi w moim wieku, przygodę z motocyklami zacząłem pod koniec lat 80 ubiegłego wieku. Wychowany na „motorynkach”, „komarkach”,a wraz z upływem lat na większych pojemnościach 😉 – WSK, CZ, JAWA czy MZ. Choć tak na prawdę, nie sięgając nogami nawet do bocznych dekli silnika, pierwsze kilometry kręciłem właśnie na MZ. Wszystko to, dzięki starszemu bratu, który przy każdej zmianie biegów przytrzaskiwał moje palce klamką sprzęgła.

Pierwszy poważny motocykla, jak pewnie u większości ludzi z tamtego okresu to Suzuki GS 500. Oczywiście zakup w towarzystwie starszego brata i jego kumpla….. i cały czas teksty : „…nie bierz tego, za dwa dni będziesz miała za mało”. Tak też było, po kilku dniach było mało, ale nie mocy a wyglądu.

Oczywiście zamiast jeździć, motocykl po kilku dniach wpadł pod szlifierkę. Oj ilu znajomych pukało się w głowy. Po transformacji motocykla, już wiedziałem, że motocykle seryjne nie są moim światem. Chętnych zapraszam na mój prywatny fanpage Custom Operational Group.

Pewnie zastanawiacie się dlaczego o tym piszę? Otóż nigdy nie wyobrażałem siebie, na motocyklu jakim jest Street Glide. Te owiewki, zegary, kufry, radio?! Brakowało tylko frędzli, lisiej kity i ping-ponga na antenie. Okoliczności jednak sprawiły że postanowiłem spróbować.

Miałem już wcześniej kilka HD pod dupą. No niby fajnie, ale jakoś nie mogłem tego poczuć.

Od dawna na „starej Japonii’. W  tym czułem się najlepiej – Honda, Yamaha, Suzuki… wszystko pocięte i przerobione do granic możliwości.

Nie mogłem załapać legendy Harleya o której się słyszy i czyta…. pierwsze kilometry na Street Glide i co się uruchomiło. Zaczęło iskrzyć, zacząłem czuć. Z każdym kilometrem, pomimo rzęsistego deszczu i dość niskiej temperatury było coraz lepiej.  Przyśpieszenie, klimat, pozycja, gang…. to było to.

Nie miałem tak wielkiego banana na twarzy, od czasu kiedy przejechałem pierwsze kilometry, na bobberze na bazie Suzuki GN400 zrobionego z wielką pomocą  Spider Garage.

Pełen minimalizm, tylko to co potrzebne aby ruszyć i się zatrzymać.

Dla niektórych porównanie to może być kiepskie i na początku niezrozumiałe. Chodzi tu o tę mityczną wolność jaką się czuje zasiadając na motocyklu. Od pewnego czasu jeździłem bez tego „czegoś”. Wypalałem się.  Nie sprawiało mi to aż tak wielkiej przyjemności jak kiedyś. Wróciło w zdecydowanie zwiększonej intensywności. Na motocyklu marki Harley-Davidson, i to takim na którego często patrzyłem w prześmiewczy sposób.